|
Zanim kieliszki spadły ze stołu, Florian zdążył powiedzieć, że się nie zgadza. Potrąciła dłonią butelkę z połową wina, przewróciła całą resztę, a kiedy butelka toczyła się po brzegu stołu, oboje patrzyli, jak czerwona strużka krztusi się i wypływa grubym strumieniem. To chyba wszystko, mówi on, nawykowo przeczesując grzywkę. Ona się uśmiecha, stawia z powrotem pustą butelkę. Pójdę po następną. W ramie światła ciętego żaluzjami staje tyłem, waha się, ale smutne westchnienie potwierdza jego przypuszczenia. Coś się stało? Wypływa cicho i bez nadziei. Lecz ona długo zasłania usta, odwraca wzrok. Przez jego plecy przeleciał kontur ptaka jak w teatrzyku cieni. Gładkie ramiona, nos, przechyla nogi ku górze: Florianie, ty przecież nie żyjesz.
|